Przeskocz do treści
Maj 30, 2012

Robert Kupisz: Wanted. Relacja z pokazu


Okrzyki, brawa, euforyczne spazmy i to zanim jeszcze na wybiegu pojawiła się pierwsza modelka mogą świadczyć tylko o jednym – Robert Kupisz stworzył pożądaną markę.

Jego debiutancka kolekcja była objawieniem. Okazało się, że Polakom (przynajmniej tym, którzy chcą i mogą dobrze się ubrać) brakowało bystrej mody do codziennego noszenia, jednocześnie nonszalanckiej, jak i pasującej na większość okazji. Wystarczająco „modowej”, inspirowanej idącymi z duchem czasów markami w rodzaju All Saints i projektantami pokroju Ricka Owensa, czy mistrzów antwerpskich, a jednocześnie zachowawczej w kolorystyce i formie. Druga kolekcja w ryzykownej wydawałoby się estetyce patriotycznej uczyniła z Kupisza – zachowując proporcje na skromnym rynku rodzimej mody – megagwiazdę. Dość wspomnieć, że jego koszulki z orzełkiem zaczęły być podrabiane (w przypadku polskich projektantów – rzecz praktycznie nie do pomyślenia).  I to w takim polityczno-społecznym momencie, kiedy każdy nie utożsamiający się z prawicą i teoriami spiskowymi obywatel wzdragał się na samą myśl o narodowej symbolice. Nagle okazało się, że polskość może być supermodna. Zatem – chapeau bas dla Kupisza.

Nie tylko zresztą za spryt i umiejętność tworzenia charakterystycznych kolekcji, ale i za pójście pod prąd obowiązujących u nas kanonów. Podczas gdy inni projektanci celowali bowiem w odbiorczynie wieczorowych kreacji, Kupisz kompletnie zignorował obowiązującą na galach i eventach stylistykę. A i tak jego casualowa moda trafiła na czerwone dywany. Co pewnie też jakoś tłumaczy jego niewspółmiernie wysokie ceny.
Trzecia kolekcja, pokazana wczoraj w warszawskim Soho Factory „Wanted”, też będzie hitem. To nieuniknione. Dlaczego? Ano dlatego, że Kupiszowi znów udała się sztuka stworzenia spójnej kolekcji o jednoznacznej estetyce i konkretnych, łatwych do określenia inspiracjach (Dziki Zachód). I łatwej do noszenia. Znów mamy całą gamę cytatów – tym razem z Replaya, DsQuared, Diesla, D&G. Znów sporo w pokazie nonszalancji i beztroski (chwała za to, że jako nieliczny polski projektant nie konwertuje pokazu mody na deliryczne misterium, choć w drugiej połowie pokazu tempo i nastrój pokazu wyraźnie siadły). Znów moda i pokaz tak dalekie od nadal częstej u nas zgrzebności.

A jednak niedosyt. Westernowe klimaty są niezwykle bogate i szalenie wdzięczne, pełne rozmaitych symboli, gadżetów, czy efektownych drobiazgów – można nimi się bawić, żonglować, cytować do woli, przełamywać nimi style. Kupiszowi, co dziwne, zważywszy na jego kreatywność, zabrakło nieco na to weny. Wyszło zbyt serio. Przez to też momentami oglądaliśmy nie tyle stroje inspirowane konkretnym stylem, ile stroje z epoki. Jak na Kupisza, kolekcja mało nowoczesna.  Po drugie, raził brak męskich sylwetek. Przy tak obrazowym temacie – samograju! Po trzecie i najważniejsze jednak, kolekcja była skromna, za to rozdmuchana tymi samymi outfitami. Bo pal licho w kółko te same  buty, paski i pióropusz oraz powracający z uporem maniaka ten sam materiał w kratę, ale dlaczego z grubsza jedną i tę samą sukienkę i spódnicę z falbanami a’la Dr Queen pokazano kilkanaście (liczyłem do trzynastu, może coś mi umknęło) razy, tylko ufarbowaną na różne kolory, w tym także na biało, by robiła za ślubną? Pokaz mody niekoniecznie musi polegać na zaprezentowaniu wszystkiego, co akurat ma się na stanie, całej rozmiarówki, czy palety barw. No ale w tym przypadku trwałby trzy razy krócej. Na pewno nie ze stratą dla imprezy.

Maj 21, 2012

Królowa karaoke

karaoke

Czy jest coś bardziej niemodnego  i w ogóle tragicznego niż wieczory karaoke? Nie, oczywiście, że nie ma. Ale uczestnicy rzeczonych wieczorów uważają inaczej. I okrutna ich czasem kara za to spotyka.

Oto rok mamy niby 2012 i wydawałoby się, że karaoke, które w Polsce pojawiło się jakoś na przełomie wieków, jest już passe. Ale nic z tych rzeczy. Karaoke, a konkretnie komputer z podkładami, kolorowy kaseton świetlny dla dodania magii chwili oraz klaser ze zmiętymi już, potłuszczonymi od tostów z serem, szynką i keczupem – niezmiennie afirmowanej przekąski pubowej – listami piosenek wykonawców polskich i zagranicznych, niczym niegdyś obwoźne kino, triumfalnie wędruje od baru do baru, od eventu do eventu, od wsi do wsi.

Ów nieodłączny element pejzażu wyjazdów integracyjnych (najprostsza droga, by stracić autorytet u podwładnych), wakacyjnych animacji („a piosenkę o pszczółce Mai zaśpiewa nam teraz wesoła bydgoska rodzinka Bąków!”), wesel i poprawin (tak, tak!) oraz tak zwanych wypadów na piwo, zdaje się nie tracić na atrakcyjności. To jedna z tych mód, które na złość sławnej maksymie Yvesa Saint-Laurenta (lub Coco Chanel; badacze nie są tu zgodni) wcale nie przemijają – choć zrobiłyby nam tym sporą przysługę – a stylu, jak się zdaje, nie miały nigdy.

No bo cóż stylowego jest w przeraźliwym zawodzeniu: „Chcesz rozbić taflę szkła, a ona się uginaaaa” z repertuaru odżałowanego i zastąpionego musicalu „Metro”? Nic. Song ów stał się prawdziwym karaokowym szlagierem. Na równi z tym drugim, z refrenem „Wybudujemy wieżę, wierzę, wierzę, wierzę”, będącym lajtmotiwem całego tego przedsięwzięcia.

Przy czym umówmy się: przeraźliwe zawodzenie wcale nie jest największą zmorą karaoke. Tych, którzy chcą sobie pofałszować i rozerwać się kosztem nerwów osób postronnych, można jeszcze wytrzymać. Zresztą: sami tak znowuż lepiej nie śpiewamy. Gorzej z tymi, którzy wraz z fałszowaniem mają poczucie misji. Na ogół wyedukowania muzycznego współfałszujących. Na każdym wieczorze karaoke znajdzie się jedna taka osoba, która zamiast Bajmu, „Metra”, czy Wodeckiego (polskie piosenki współczesne nie mają jakoś u karaokowiczów brania; preferują muzycznych wspomnień czar), wybierze coś Bjork, czy Red Hot Chilli Peppers.  Nic by nie było w tym złego, gdyby raz jeden z występujących nie próbował zaśpiewać Portishead: przy linijce „’Cos nobody loves me, it’s true, not like you do” sam sobie zdał sprawę, że wpadanie w psychotyczny dygot w pubie Intryga między kontuarem z podróbki lastryko a kolejką do jedynego kibla nie jest najfortunniejszym pomysłem.

Najgorzej jednak, i tu dochodzimy do trzeciej, największej grupy entuzjastów karaoke, ma się sprawa z tymi, którzy śpiewać całkiem umieją. Kilka perfekcyjnie opanowanych numerów, na przykład „Aicha”, „Simply the Best” i „Jeszcze się tam żagiel bieli” i dawaj, w Polskę pubową tournée odbywać, piwa i breloczki firmowe „Tyskie” w konkursach na najładniejsze wykonanie wygrywać, popisywać się przed publicznością i marzyć o „Mam Talent”. Wieczór w lokalu przypomina wówczas udział w nagraniu „Jaka to melodia”, którego prezenter swoją drogą był, jak się zdaje, we wspomniane „Metro” całkiem poważnie zamieszany.

Oczywiście, najprościej nie chodzić na karaoke i się nie denerwować. Niestety, niczym ośmiornica oplątała swoimi mackami już chyba wszystkie bary w kraju i nie trafić nań nie sposób, a na siedzenie po domach żal nam jeszcze chęci i urody. Choć z drugiej strony: czy ja wiem? Tak jest jakoś ten świat skonstruowany, że wszelkie popisy prędzej, czy później zostaną pokarane. Onegdaj w pewnym klubie w wieczorze karaoke brały udział drag queenki (dla zacofanych: panowie przebrani za panie; na ogół dla zabawy, czasem dla dreszczyku). Brawa rzęsiły, emocje sięgały kresu, publiczność szalała, od podskoków aż podest trzeszczał, gdy nagle – a działo się to przy numerze Madonny “Hung Up”, co widziałem na własne oczy – królowej karaoke, rozentuzjazmowanej drag queen Lady Conchicie z dolnej części nieumiejętnie założonego body wypadło to, co biedna Conchita miała (miał) najświętszego.

O Boże!

Maj 5, 2012

Wakacje są sexy

pelargonie

– A w tym kufrze możemy trzymać rzeczy? – spytały studentki.
– Nie – odparła babcia i na do widzenia dziarsko zatrzasnęła za sobą drzwi, aż zadrgało drewnianą lamperią, która także swoje lata miała.

I w ten oto sposób studentki stały się najemczyniami niedrogiego M-3 na Grochowie. Nienachalnej urody, to prawda, za to nieźle skomunikowanego, umeblowanego, z loggią i w ogóle.

Ale długo, niestety, się mieszkankiem nie cieszyły. Co tu kryć – wzięły nogi za pas! Otóż jeszcze nie zdążyły rzucić się w wir tak zwanego życia studenckiego, jeszcze nie zdążyły odkryć, że polega ono z grubsza na rzyganiu po ciepłym Królewskim i nielegalnemu kopiowaniu empetrójek, jeszcze nie zdążyły ostatnich pieniędzy w połowie miesiąca na LM-y slimlighty wydać, kiedy wraz z upadkiem liści grochowskich drzew i żywopłotów obwiędły ostatnie sporofity zadziwiająco bujnych wcześniej pelargonii w nienowych już doniczkach z tworzywa sztucznego i na wspomnianej loggii studentek oczom ukazały się malusie, drewniane, powbijane wśród sadzonek krzyże. Krzyżyki raczej.

Zaciekawione studentki poczęły grzebać. Najpierw trafiły na zalaminowane karteczki z napisami: Puszek, Groszek, Funia. Potem na daty: V.1994-IX.1997 i tak dalej, przy każdym krzyżyku inna. A w końcu na jakieś dziwne patyczki, które kośćmi się okazały. Szczerze? Wrażliwe studentki (filologia polska!) dostały z nerwów telepki! Czym prędzej spakowały się i popłakując wzdłuż krogulczych, olejnych łusek dawno nieremontowanej klatki schodowej wybiegły na podwórze, zadziwiając przy tym samego pana Kazia, osiedlowego menela, acz poczciwinę.

Oczywiście, nie z powodu niewinnych kosteczek, których (dawnymi) właścicielami okazali się ś.p. chomik i dwie świnki morskie studentki tak wypierdoliły z chaty, ale z powodu wrodzonej – a jakże! – intuicji, sugerującej im, iż babcia – w końcu wdowa – swoje powody miała, zabraniając dostępu do kufra uprzednio go zamknąwszy.

Interesującą tę historyjkę, choć może krócej i z większą swadą opowiedzianą, usłyszałem od znajomych, których wczoraj na balkonie malinówką podjąłem, a radio grało właśnie nowy singiel zespołu Płyny, zawierający szlagwort „Wakacje są sexy, a ludzie na ulicach pachną”.  Z trwogą popatrzyłem na swoje doniczki; jeszcze po poprzednich właścicielach, z wybujałymi o tej porze grzywami traw…

Maj 2, 2012

Lekcje histerii

chełmonski.babie.lato

No to już po nas. Syf, żena i żal, kochani. Niemiec będzie pluł nam w twarz, a dzieci germanił i nie tylko!

Chyba, że obronimy historię. Dziś, w Dniu Flagi Narodowej, zewrzyjmy szeregi i pokażmy rządowi faka, by służalczej wrogowi reformy edukacji nam nie wprowadzał. – Musimy wspólnie przeciwdziałać planom wynaradawiania polskiej młodzieży – apelują w dniu 2 maja sygnatariusze ważkiej akcji „Przywracamy lekcje historii do szkół”.

Jakiemu wrogowi? Jakiego wynaradawiania? Tego autorzy odezwy już nie precyzują (w reformie chodzi o to, by licealiści nie powtarzali tych samych okresów historii, których uczyli się w gimnazjum). Sama sprawa, czy Sprawa raczej, ma za to swoich męczenników, gotowych w imię jej polec (opozycjoniści z lat 80. ogłosili strajk głodowy) oraz powołany naprędce komitet honorowy. Jak honorowy? Jest w nim prof. Jerzy Robert Nowak – przyjaciel Tadeusza Rydzyka i Edwarda Moskala, autor książki „100 kłamstw J.T. Grossa”. Oraz ksiądz lustrator ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski. A także niezawodny pieśniarz Paweł Kukiz z homofobicznej Fundacji Mamy i Taty. Oraz jedna wdowa smoleńska, trzech prawicowych publicystów i kilku tak zwanych działaczy.

Reforma, ich zdaniem, „wskazuje na odejście od kształtowania postaw młodych Polaków w oparciu o wspaniałe wzorce z naszej historii”. A co z tymi mniej wspaniałymi wzorcami, bo zdaje się, że niejedno mamy na sumieniu? Nie wiadomo.  Ale skład komitetu zwalnia mnie z wgłębiania się w zasadność protestów. Zbyt twardo spółgłoski państwo z komitetu wymawiają, ich „tożsamość narodowa”, „ojczyzna”, „świadomość patriotyczna” kłują mnie w uszy i w plecy. Ja z tym państwem nigdzie się nie wybieram, w jednym pochodzie razem nie pójdziemy, flagą wspólnie nie pomachamy, choć teoretycznie to wspólna flaga.

Dużo tych flag ostatnio. Nagły wykwit uczuć patriotycznych z okna obserwuję, w miarę jak szlifierki gładzą ostatnie krawężniki wokół Stadionu Narodowego – pomnika naszych kompleksów i megalomanii jednocześnie, tej osobowości narcystyczno-histerycznej -  który niczym namiot cyrkowy świeci mi wieczorami  i psuje przyjemny mrok w sypialni.

Czemuż ten stadion Narodowym musiał być nazwany? Co ma piernik do wiatraka? Jak się ma jedenastu – choćby i bardzo miłych – panów, grających z jedenastoma innymi miłymi, do pojęcia narodu, ojczyzny, polskości? Jaką dzięcielinę, co pała, jakie gżegżółki, „Babie lato”, jakich Kordianów, Platerki, probówki Skłodowskiej i Nobla Wałęsy mam dostrzec w, dajmy na to, rzucie karnym? Czy ja się na wojnę jakąś wybieram, na front szykuję, matek i pokoleń przyszłych bronić mam sposobność, by jako kibic wychodzić z domu w barwach narodowych, z przepaskami, nakryciami głowy „Polska” krzyczącymi, z orzełkiem na udzie, czy dupie i w całym tym rynsztunku? Zerknąłem na wszelki wypadek do historii futbolu, by sprawdzić, czy aby piłce nożnej nie zawdzięczamy wolności, konstytucji, papieża czy czegoś równie doniosłego, ale jednak nie. Więc po co to?

Niech sobie piłkarze strzelają gole i co tylko, jeśli szczęście im to przynosi, a drugiemu krzywdy nie czyni, ale po co od razu podciągać to pod hasło narodu? I legitymizować jako dobro ogółu, choć przecie nie ogół z tego korzysta, ani nie połowa nawet, jeśli pomyśleć choćby o kobietach z tych rozgrywek wykluczonych (piłki nożnej kobiet, zdaje się, nie ma na Euro?). I szantażować, że kto z nami nie skacze hop hop hop…?

Choć może głupie i retoryczne są te pytania oczywiście; może masowymi rozrywkami najłatwiej lud kupić, przywiązać i lojalność wytresować. Może ja nie potrzebuję stadnych, wspólnotowych przeżyć ani wzruszeń i znów inaczej polskość pojmuję. Zamach na nią także. Oto minister Jarosław Gowin za policzek w zdrową, rumianą twarz polskiego narodu uznał konwencję Rady Europy. Tę o walce z przemocą wobec kobiet. Mieliśmy ją podpisać, ale nic na razie z tego. – Konwencja przeczy naszemu tradycyjnemu modelowi rodziny – powiedział pan minister. Tradycyjny, a więc patriotyczny model, tak panu ministrowi miły, opiera się zatem na praniu kobiety po pysku, wpierdoleniu kablem od odkurzacza tej kurwie po nerkach i właściwie wszędzie, gdzie i czym popadnie.

Co prawda pełnomocniczka pisnęła coś, że co piąty Polak uważa przemoc w rodzinie za normę, więc może warto by jakiś papierek podpisać i czegoś poprzestrzegać, ale chyba niewiele wskórała. Pan minister skontrował, że konwencja „tak naprawdę służy promowaniu związków homoseksualnych”. To obsesja pana ministra. Uzasadniona, gdyż – jak wiemy – nie terroryści, nie korporacje, nie bandyci, hakerzy, czy katastrofy ekologiczne, lecz pary modnych pedałów w ciuszkach z Zary narodowi polskiemu zagrażają. Pan minister bardzo tych związków się boi. Może ma swoje wstydliwe, ukryte powody? Ale czy musi do własnych fobii naród, polskość, biel i czerwień znów mieszać?

Kwiecień 25, 2012

Dzianiny, smutek i wąsy na gumce – Aleja Projektantów Fashion Week AW 2012/13 – relacja

Dobrze, że mamy MMC. Najlepszy pokaz, najlepsza kolekcja na Alei Projektantów podczas zakończonej właśnie 6. edycji łódzkiego tygodnia mody. Ciężki (i za sprawą kolorystyki, i wielowarstwowości, i materiału płaszczy – wełny z metaliczną nitką, przypominającej gobelin, który zdeterminował formy i konstrukcje) i rockowy w swoim klimacie, choć z lekko futurystycznym sznytem. Kompleksowy, spójny i ambitny, udowadniający, że MMC to nie tylko duet projektantów, ale – to komplement – marka odzieżowa. Specjalnie barwione i brudzone dżinsy o ciekawych formach, kurtki z pasami opalizującej tkaniny u dołu, udającymi ściągacze (w ogóle, typowa dla MMC obsesja na punkcie pasów i pasków, zarówno tych jako deseń, jak i jako ozdoba, i galanteria), patchworkowe spódnice i dominujący w kolekcji motyw łączenia różnych tkanin w jednym ubraniu, znana u MMC „graficzna” zabawa krojem i cięciami… i mamy the best of MMC. Znów, po poprzednim pokazie, inspirowanym polskim krajobrazem.


Piotr Drzał, dla odmiany, swoim płaszczom doszył sztuczną lamę. Słusznie. Drzał, który kolekcję pokazywał niedawno w Lizbonie, także zafundował nam coś w rodzaju swojego „greatest hits”, czyli koszule z rozmaitymi wstawkami, czasem dwurzędowe z rękawami 3/4, czasem o zmiennej ilości guzików (bliżej szyi po dwa, bliżej pasa – po jednym), z nibystójką – czyli stójką która nie otacza niczym forma kołnierza całej szyi, lecz z tyłu szyi wyprowadzona jest wzdłuż linii ramion itd. No, ale nie bez powodu Drzał jest w tej materii specem  w Reserved. Szkoda tylko, że jego pokaz chwilami zbyt przypominał, hmm, właśnie Reserved. Małe urozmaicenie i tak niekoniecznie ciekawych tkanin zepsuło wrażenia pierwszej części pokazu. Garnitury oversize też nie należały do najlepszych. Ale w drugiej połowie było znacznie lepiej – spodenki w kratkę vichy, puchowe bluzy i żakiety ze ściągaczem, świetne damskie koszule połączone z kamizelką, oryginalne złote nadruki na koszulach i wspomniane płaszcze w stylizacji odwołującej się ni to do romskiego, ni amerykańskiego klimatu to trzy najlepsze momenty jego pokazu.


No i Łucja Wojtala. Studiowała m.in. w krakowskiej SAPU, gdzie do dziś uchodzi za najzdolniejszą ich absolwentkę (staż u Galliano, na przykład), projektuje w Big Starze. Ona także nie sprawiła niespodzianki. Jej kolekcja to nadal kreatywne dziewiarstwo. Świetne. Czasem zabawne – jak dzianiny wieczorowe, ozdobione błyszczącą nitką, czasem spektakularne – jak w kokonowych formach, zawsze jednak gustowne, z niezwykłym wyczuciem koloru. Geometryczne, zmultiplikowane wzory (kalejdoskop? Puzzle? Płatki śniegu?) czasem zastąpione zostały jedynie poprowadzonymi w innym kolorze wstawkami i liniami „oszukującymi” oko, udającymi inną formę ubrania. Bardzo udana kolekcja, choć przydałoby się jednak więcej urozmaicenia form oraz łączenia z innymi materiałami.


Te trzy kolekcje najbardziej podobały mi się w tym sezonie na Alei Projektantów. Może jeszcze wyróżniał się otwierający Aleję pokaz Moniki Błażusiak, studentki łódzkiej ASP.  Jeden z najambitniejszych w tym roku, co nie znaczy, że ambicje nie przerosły autorki. Winą obarczyłbym chyba jednak krawcowe tej piekielnie trudnej kolekcji. Ograniczonej do bieli i ecru, za to praktycznie z niepowtarzającymi się formami. Wielowarstwowe, niekiedy skórzane płaszcze, zmultiplikowane i skomplikowanie poprowadzone klapy, sukienki ze wstawkami z wełny nadającej asymetryczności, spodnie z przezroczystymi wstawkami, czy raczej naszyte na siatkę fragmenty tkaniny „pracujące” wraz z ruchem modelki, a do tego jeszcze ciekawa biżuteria – takie podejście do kolekcji to rzecz nieczęsta nawet u projektantów regularnie pokazujących się na łódzkiej imprezie.


Większość pozostałych pokazów trudno uznać za całkowicie satysfakcjonujące. Szkoda, bo sama organizacja tygodnia mody była tym razem znakomita. Pokazy odbywały się punktualnie, nie było problemu ani z zaproszeniami, ani z miejscami, komunikacją, informacją itp., itd. Pokazy OFF oddzielono od Showroomu (powierzchni, na której młodzi projektanci sprzedawali swoje rzeczy), przez co zyskały odpowiedni klimat, sam Showroom był najciekawszy i największy w historii imprezy. Łodź (i nie tylko Łódź) może być dumna. Niestety, zabrakło mi kilku projektantów, którzy pokazywali się w poprzednich edycjach. Dawid Tomaszewski, ZuoCorp., Joanna Klimas, czy Łukasz Jemioł podnosili ogólny poziom kolekcji. Co z pozostałymi?

Agata Wojtkiewicz pokazała interesujące swetry. Zarówno zapinane na zatrzaski, jak i rozcięte z tyłu, by zmysłowo epatować plecami. Lub z kapturem. Bądź też wiązane na kokardę. A do tego spodnie z moheru (w których jednak nawet anorektyczna modelka nie będzie wyglądać chudo). Zaletą jej kolekcji był też nadruk inspirowany testem Hermana Rorschacha, który w latach 20. XX wieku opracował metodę rozpoznawania osobowości / podświadomości ludzi na podstawie skojarzeń, jakie wywołują u nich kształty plam atramentu. Test, często wykorzystywany w popkulturze, by wspomnieć choćby słynny teledysk Gnarls Barkley „Crazy”…

…Wojtkiewicz przeniosła na materiały spódnic, czy sukienek, w kolorach typowych dla atramentu właśnie. Powstały niebanalne projekty, które w zestawieniu z ciekawymi swetrami dały dobry efekt. Niestety, część kolekcji złożona wyłącznie z komercyjnych sukienek nie była potrzebna. Rozumiem, że projektantka musi myśleć o sprzedaży, a na widowni znalazło się sporo jej klientek z prezydent miasta Hanną Zdanowską na czele, jednak zwykłe sukienki mogła zostawić na wieszaku w atelier.


Swetry (które w ogóle zdominowały tę edycję FW, co słuszne, bo jeszcze rok temu zimowe kolekcje często ograniczały się do bluzek i majtek) pokazali także Jarosław Juźwin i Berenika Czarnota. Psychodelicznie kolorowe dzianiny Juźwina, wełniane spodnie, płaszcze, spódniczki itp., zdobione infantylnymi motywami, broniły się na poziomie koncepcji i koloru. Zawiodło jednak ich wykonanie. No i kilka ubrań z włóczki nie czyni kolekcji, przez co Juźwin powinien jednak pokazywać się na Offach.

Czarnota, po bardzo udanej zeszłorocznej kolekcji straciła nieco impetu.  Kolekcja (materiały „zimowe”, estetyka – wakacyjna)  inspirowana sportem nie miała interesujących, charakterystycznych elementów, jak jej poprzednia (maski zwierząt, dziecięce motywy), za dużo było tu powtórzeń tkanin, za mało spójności innej niż ogólna tematyka inspiracji. Sweter z jej logo, odwrócony na lewą stronę byłby ciekawym pomysłem, gdyby nie wyglądał właśnie na omyłkowo przewrócony na lewą stronę. Nierówna kolekcja. I choć kilka sylwetek naprawdę dobrych, ogólne wrażenie – jak na tak zdolną projektantkę – nieco rozczarowujące.

Podobnie jak najnowsza kreacja Wioli Wołczyńskiej. Świetnie, że prawdziwie zimowa i obszerna ilościowo, ale ograniczona zarówno do jednego koloru . (pomyłka: było więcej, z ogólnego wrażenia je przegapiłem), jak i do dwóch, trzech form (złośliwie mówiąc, worek z gumką na różnej wysokości, udający sukienkę itp.), z niefortunnymi kapelusikami, mającymi tchnąć w kolekcję ducha lat 20., z ortalionową peleryną (czarnemu ortalionowi, sprzedawanemu w hurtowniach po 2 złote za milion metrów bieżących, a sprzedawanemu potem przez designerki za ok. 700 zł od sztuki pelerynki, jak w Showroomie u Moniki Ptaszek na przykład, już dziękujemy)…


No i jeszcze ten ponury klimat. Czy doprawdy w niemal każdej polskiej kolekcji, na każdym pokazie musimy odczuwać, że mieliśmy 123 lata zaborów, dwie wojny światowe, komunizm i Smoleńsk? Czy któryś z projektantów raczyłby wreszcie zrobić w Łodzi pokaz, który wprowadzałby w dobry humor? Rozmawiałem o tym z kilkoma kreatorami. Jacek Kłosiński (w tym roku miał stoisko w Showroomie) powiedział żartował, że w szkołach wmawiają im, że moda to rodzaj wielkiej, bardzo poważnej sztuki, która wymaga swoistego dramatyzmu. I darcia nomen omen szat, chciałoby się powiedzieć.

Póki co, w dobry humor w Łodzi wprawiają goście z Płw. Iberyjskiego. Na przykład Nuno Gama z Portugalii. Może i nie mieli tam zaborów i komunistów, ale – zdaje się – dyktaturę przeżyli. W tym sezonie Gama ozdobił modeli wąsami na gumce (plastikowymi i czekoladowymi), kazał im wyciągać język, a do tego puścił wesołą muzyczkę, a jego wyrafinowana moda o boskich detalach i wykończeniach i tak broniła się sama i nikt od niej nie umarł.


Nastrój psychozy szczęśliwie darował sobie  debiutujący w Łodzi Tomasz Olejniczak aka Tomaotomo. Głównie dzięki kolorystyce. Kolekcja była to ładna, z monochromatycznymi sylwetkami, o intensywnych, głębokich kolorach, gdzie odcienie nadawały rodzaje materiału (skóra, cekiny, wełna itp.), jednak zbyt prosta. Brak oryginalnych, indywidualnych form nie dał się zamaskować ogólną minimalistyczną wizją. Tomaotomo to niemniej nazwa, na którą warto zwrócić uwagę. I w przyszłym sezonie zobaczyć na Offach (choć są ciekawsze niż Aleja, więc chyba trzeba to inaczej rozwiązać). O co, oczywiście, może mieć też pretensje do siebie samego niżej podpisany. Wszak to rada programowa rekomendowała projektantów do Alei Projektantów.


O Michała Szulca nie musi mieć pretensji, bo Szulc występuje na fashion weeku w charakterze gwiazdy i jego kolekcje nie podlegają weryfikacji przez radę programową.  Szkoda, bo dyskusja byłaby ciekawa. Jako jeden z nielicznych polskich projektantów Michał Szulc ma swoich “psychofanów”, mianujących się jego groupies, bądź też konkludujących w hagiografiach, że Polska jest krajem na talent Szulca zbyt małym. Ja najwyraźniej nie rozumiem fenomenu Szulca. Nawet jeśli założyć nowatorskie i perfekcyjne wykonanie, najwyższą jakość tkanin, odszycia itd., jest to kolejna kolekcja Szulca, która wydaje mi się zupełnie nieinteresująca, momentami koślawa (nie wszyte główki rękawów, niefortunne wybrzuszenia) i konfekcyjna w złym tego słowa znaczeniu. A przede wszystkim niekompletna. Z tak skromną ofertą lepiej pokazywać się na Off-ach. Szkoda.


Trudno zrozumieć też było, czemu w letnie obuwie zaopatrzyła modelki Pitchougina, kolejna projektantka, która powinna zacząć od Off-ów. Estetyka retro, jakiej hołduje od początku kariery jest nawet przekonująca, drobne detale i nadruki (jak te zdjęć rodzinnych) także, ale złe wykonanie i niska jakość tkanin  – już nie. Na tak wczesnym etapie pracy jako projektant/marka nie powinno się aspirować do Alei Projektantów.


A co na myśli miała Viola Śpiechowicz, prezentując na sezon jesienno-zimową zbiór kolorowych sukienek z ukłonem w stronę sari, opatrzonych sandałkami? W press roomie Śpiechowicz tłumaczyła, że nie wiedziała, iż trzeba się dosłownie trzymać odgórnych ustaleń fashion weeku. Chyba żartowała. Jak na tak doświadczoną projektantkę wolała zapewne utrzymać w tajemnicy, że jej zwiewne sukienki, przyprószone gdzieniegdzie kryształkami, są w istocie wykonane z technicznych, mrozoodpornych tkanin i jesteśmy świadkami prawdziwego przełomu w modzie. Niepotrzebnie – należało się tym pochwalić!

Kwiecień 24, 2012

Strach, skiny i spaliny. Off Fashion Week AW2012/13 relacja


Alternatywne pokazy Off w ramach Poland Fashion Week bywają jednak momentami zbyt alternatywne.  Weźmy, na przykład, takie spaliny, puszczone ze starego Forda (ładnego, pomalowanego w chmurki, ale jednak Forda) w zamkniętym pomieszczeniu. Duet Alexis & Pony napakował go modelami płci obu, odpalił i puścił na wybieg. Jako że auto swoje lata miało, kierowca bał się, że jak wyłączy silnik, to już potem nie odjedzie. W ciągu kilku minut salę spowił romantyczny, siwy dym, a goście zaczęli omdlewać. Czy od dymu, czy od osobliwości, które zobaczyli – to kwestia sporna. Kolekcja w estetyce „cyrk spotyka ZPT” obfitowała w nagie torsy objuczone ciężkimi płaszczyskami, podartymi i postrzępionymi kamizelkami tudzież różowymi jęzorami udającymi szalik, spodnie z kolorowymi kutasikami, sandały męskie na koturnie oraz paradę dość paskudnego, za to autorskiego obuwia w barwach różnych. Żartu mnóstwo, sensu trochę mniej, ale ostatecznie to Off i przynajmniej podczas tego pokazu nie panowała atmosfera martyrologii polskiej, jak to na Alei Projektantów (o czym w odrębnej relacji) bywało. Co nie oznacza, że kolekcja Alexis & Pony nie była patriotyczna. Przeciwnie – tak zwany highlight kolekcji, czyli czerwone ortalionowe gatki (Polska gola! etc), designerzy zestawili z białą koszulą. Czemu jednak na koszulę narzucili narzutkę z beżowego koca? Nie wiadomo. Spytać nie było jak, bo goście stadnie salwowali się ucieczką celem inhalacji.


Całkowicie odmienne inspiracje czerpała Mart.Adamiec. Czerpała w sensie dosłownym, bo na pewno gdzieś obok była woda. Plejada rusałek – świtezianek w pogniecionych, postrzępionych u dołu sukienkach, podfarbowanych w okolicach pasa bardziej jednak niż polskie krajobrazy przywoływała nastrój India Shopów. Projektanta oblekła buty modelek rajstopami. Może to i lepiej, jeśli nie miała na podorędziu odpowiednich trzewików, choć – zdaje się – rusałki stąpąją boso, więc zabieg i tak był zbyteczny. Nie sposób jednak odmówić autorce konsekwencji – nie licząc T-shirtu i jakiegoś kubraka, pokazała praktycznie jedną formę ubrania, jedną i tę samą sukienkę: wąskie długie mankiety, bufiaste rękawy, zaznaczona talia… Czy można przez to powiedzieć, że ze wspomnianą sukienkę się w kółko powtarzała? Nie, może po prostu chciała, byśmy ją sobie utrwalili.


Ale podczas Offów bać się można było nie tylko zagazowania i półżywych, podmokłych modelek. Strach przeleciał, jak zobaczyło się, w jakiej dzielnicy Paryża mieszka Paulina Plizga. Oto Plizga, która przyznała, że kolekcję zainspirował widok z okna jej paryskiej pracowni, pokazała na wybiegu blisko tuzin żigolaków, alfonsów i ladacznic! Bezwstydne, w błyszczących szpilkach wysokich za kolano, rozchełstane i w ogóle naburmuszone nierządnice, podobnie jak ich (palący cygaretki! Znów dym!), hmm, opiekunowie, dostali jednak dość luksusowy przyodziewek. Po pierwsze, jak Plizga zwierzyła mi się podczas rozmowy, po raz pierwszy stroje uszyła jak ubrania (debiut podszewki itd.), a po drugie – z superluksusowych materiałów. Do kolekcji projektantka zużyła alpaki, kaszmiry, drogie wełny z kolekcjonerskich strojów vintage. Materiały, pocięte na drobne paski i zmiksowane, dały nowy materiał, który, swoją drogą, Plizga mogłaby nazwać na swoją cześć, jak Pierre Cardin wymyślił cardinę, na przykład. Projektantka zaznacza, że mimo paryskiego adresu chce być dostępna w Polsce (jest m.in. w Mostrami.pl); wyznała mi, że jej najnowsza kolekcja powstała z myślą o Polakach, którzy potrzebują ciekawego stroju do teatru lub opery. Czy kusa kamizelka, zarzucona na nagie ciało, wpisuje się we wspomniany dress code – pozostawmy to ekspertom ds. etykiety. Sama kolekcja broni się błyskotliwym podejściem do tematu, materią i kunsztem.


Kolekcja Plizgi była jedną z trzech najlepszych na Offie. Pozostałe? Joanny Startek i króla Maldorora.  Pierwsza projektantka, studentka jeszcze, zadziwiłaby znakomitą większość projektantów z bardziej profesjonalnej i prestiżowej ponoć Alei Projektantów. Jej kolekcja wyróżniała się na tle całego tygodnia mody. Ograniczona do 4 kolorów, podkreślona spektakularnymi drewnianymi okularami własnego projektu (wykonanymi w zaprzyjaźnionym…warsztacie stolarskim) i zabawnymi akcesoriami z rodzaju skórzanych rękawic na sznurku, czy mikroplecaczków na szelkach, przyniosła piękne płaszcze w wielką pepitę, spodnie i kurtki z „podwójnymi” mankietami i rękawami, dającymi efekt założenia rzeczy krótkich na długie, wyrafinowane formy ciężkiego krawiectwa… Brawo!


Maldoror z kolei, największa gwiazda Offu, i to akurat całkiem zasłużenie, nie pokazał tradycyjnej kolekcji. Raptem 10 sylwetek; w klimacie z przełomu lat 80. i 90. A i sam sposób przedstawienia nie miał wiele wspólnego z pokazem, lecz opierał się o akcję, czy też interwencję artystyczną. Kiedy tłumy ustawiły się karnie na całej długości wybiegu, a nieliczni szafiarze i przypadkowi przebierańcy zajęli szczęśliwi miejsca siedzące, ciesząc się niepomiernie, że nikt ich stamtąd nie przegania, modele i modelki Maldorora weszli na salę i po prostu stanęli przy ścianie. Tłum, po chwili konsternacji, rzucił się na nich, dopadł  i – w sensie dosłownym – przyparł do muru. A byli to – mniej więcej – skini. Groźni łysi faceci w krótkich kurtach i obcisłych spodniach, z rzadka przeplatani dziewczyną i chłopakiem w „pokojowych” strojach z pomarańczowego spadochronu, to typy, jakimi na co dzień gardzimy i jednocześnie boimy się (znów strach na Offach!).

Ale happening Maldorora pokazał kilka niuansów socjologiczno – psychologicznych. Primo, w tłumie kilku paskudnych typów po prostu ginie; łatwo można sobie z nimi i ich ideologią poradzić. Secundo, natarci przez tłum i obfotografowani, stali się jak dziwne, odbiegające od normy okazy w zoo, czyli czymś, kim z pewnością by nie chcieli być, roszcząc przecież sobie prawo do bezdyskusyjnego podziału na to, co jest normalne, a co nie i do narzucenia społeczeństwu swojego światopoglądu. Tertio, że zło bywa, hmm, pociągające. Faszystowsko-bandyckie typy w kontekście pokazu mody i całego tego anturażu nabrały zabarwienia (nie tylko) gejowskiego fetyszu. Czy Maldoror pojawi się na kolejnej edycji fashion weeku? Oby. Jeśli nie, pewnie zobaczymy go w jakiejś galerii sztuki współczesnej. Lotne i bystre to co wymyślił!

A co jeszcze słychać było na Offach? Anna Dudzińska pokazała ładny sweter w łuski z włóczki oraz przypomniała, że Konrad Parol miał kiedyś wojowniczą kolekcję z kapturami , Ola Bajer postraszyła (!), że modne będą małe saszetki i zaprezentowała dwustronne bluzy, ale nad konstrukcją i łączeniem kolorów musi jeszcze trochę popracować,  UDA-a, że offowym panom tej jesieni prześwitywać będą szmizjerki (!), pod którymi wypada nosić wyłącznie białe majciochy…

…Ima Mad postawiła na ciekawy klimat etno oraz na autorskie torby, choć wszyscy – bez wyjątku! – projektanci biorący udział w fashion weeku powinni mieć sądowy zakaz projektowania własnych toreb, bo tego jeszcze nie potrafią. Poza tym Jakub Pieczarkowski pokazał ładne eskimoskie futro (choć modele znów świecili gołymi kolanami) a Gregor Gonsior, u którego DJ w strasznej (znów!) masce grał na perkusji, do finałowej konstrukcji nakrycia głowy użył chyba osobistych piór tyleż legendarnego już, co porażającego  Gavla (http://www.kimono.pl/Gavel-nowy-Galliano-a3239) ,

a poza tym zrobił kilka świetnych rzeczy, zwłaszcza ciekawe w formie spodnie z kilkudziesięciu warstw szmatek i lepszych materiałów.

PS. A potem była Aleja Projektantów. Niestety, z  nie najfortunniejszymi pokazami (cdn.), choć naturalnie nie tak, jak na Złotej Nitce, której zła passa nota bene trwa nadal, m.in. za sprawą Wydziału Projektowania łódzkiej ASP, które zamierza głosić oficjalną skargę na imprezę oraz projektantów biorących w konkursie udział, którzy zamierzają wytoczyć zbiorowy proces, domagać się oddania wpłaconych przez nich pieniędzy, przeprosin i zadośćuczynienia od organizatorów. I pomyśleć, że narzekaliśmy, że w polskiej modzie nic się nie dzieje…

Kwiecień 21, 2012

Kabaret Złota Nitka przedstawia: Skok na kasę

Ta Złota Nitka przejdzie do historii. Zapewne na zawsze, bo kolejna już się nie odbędzie. Po prostu nie ma prawa.  No, ale cośmy się naoglądali to nasze.

Dla niewtajemniczonych: Złota Nitka to najbardziej znany, rzekomo najbardziej prestiżowy konkurs dla projektantów w Polsce. Tegoroczna edycja miała być specjalna: w nowej, czyściutkiej hali Targów Łódzkich, jubileuszowa, bo 20-ta i z gwiazdorskimi pokazami szalonych Transmode i cenionego Mariusza Przybylskiego. I, istotnie, była specjalna. Choć chyba niekoniecznie w tym kierunku, jaki zamarzyli sobie jej organizatorzy.

Do sprawy podeszli ambitnie. Wszystko miało zapierać dech w piersiach. Na przykład scenografia. Z gigantycznego, obracającego się, dmuchanego niczym plażowy materac i iluminowanego według widzimisię pana oświetleniowca na burdelowy róż albo medyczny fiolet kielicha kwiatu (z cebuli, z waginy – spierała się publiczność) modelki wypadały wprost na wybieg ustawiony w kształcie łodygi i liści.

Po czym błądziły po rzeczonej łodydze i liściach, dopóki nie odnalazły drogi powrotnej na backstage, co zajmowało im średnio kwadrans. Nic dziwnego więc, że impreza trwała – i to drugi przejaw ambicji organizatorów – blisko sześć godzin, choć konkursowych kolekcji było zaledwie dwadzieściaparę.

A to dopiero entree do samych kolekcji – trzeciej emanacji owych ambicji! Konkurs zmyślnie podzielono na kategorie premiere vision i pret’a’porter. W tej pierwszej, kuturnej, może i zabrakło vision, o premiere nie wspominając, ale co to było za widowisko! Najpierw obejrzeliśmy paradę białych folii udających suknie ślubne z rzadka ozdabianych draperiami z sieci Eurofirany. Następnie zaatakowano nas zabandażowanymi głowami i zgniecioną starą siatkę ogrodzeniową, pełniącą role m.in. baskinki, paska, szalika. Później objawiły się pufy z czerwonych plastikowych podkładek śniadaniowych w roli spódniczek mini, z biżuterią w postaci śrubki i nakrętki, sprzątniętych zapewne tacie z garażu. W czwartej bodajże kolekcji modelka wyszła w samych majtkach (nagie piersi zasłaniała ręką), a z jej krocza wystawała pokaźna sprężyna. W kolejnej – tanie tirówki z pretensją do dekonstrukcji. I tak dalej, i tym podobne. Wszystkie (z wyjątkiem „Futusfery” Małgorzaty Wasik, którą dało się oglądać bez dygotu zmysłów) na tym samym poziomie.


W części pret’a’porter, prawdę powiedziawszy, nie było wiele lepiej (może poza trzema kolekcjami), ze szczególnym uwzględnieniem  nieoczekiwanej kolekcji hinduskiej, kiedy na wybieg wkroczyło kolorowe sari, a z głośników buchnął radosny Bollywood. Po co – Bóg raczy wiedzieć. Możliwe, że niezwykle zadowolony tego wieczoru prezes MTŁ dobijał właśnie jakichś targów z wystawcami z Indii i pokaz dodano w pakiecie? Tyle dobrego, że egzotyczni goście na wybieg wciągnęli prezydent miasta Hannę Zdanowską, przez co miała okazję nieco się rozgrzać (zamarzała – podobnie jak reszta widowni – na śmierć, a płaszcz przyniesiony przez asystenta nie pomagał).

Trzeba dodać, że pani prezydent, w przeciwieństwie do publiczności, musiała trzymać fason i nie mogła tak po prostu wyjść z imprezy. Zrobili tak praktycznie wszyscy inni; finałowy pokaz Mariusza Przybylskiego chyba ok. godziny drugiej po godzinie pierwszej w nocy (!) oglądało może dwadzieścia osób.

A kto wygrał Złotą Nitkę? Ha, tego nie wie nikt. W czasie ogłaszania wyników pogubiły się kartki, protokół wpadł za szafkę, czy coś i ci, którzy mieli wygrać 20 tysięcy złotych, dostali tylko wyróżnienie. I odwrotnie. Może i jurorzy uratowaliby sytuację, pomogli prowadzącej Joannie Horodyńskiej, którą trudna sztuka konferansjerki, niestety, przerastała już od pierwszych minut imprezy i ustalili, kto na jaką zasłużył nagrodę. Ale sporo  z  nich nie dotrwało do końca i – czemu nietrudno się dziwić – uciekło, płonąc przy tym ze wstydu, że uczestniczyli w tym tragicznym wydarzeniu.

I jeszcze w kwestii podsumowania jubileuszowej Złotej Nitki. Ile kosztowała? Nas, widzów – ból brzucha na przemian ze śmiechu i z zażenowania. Łódź – kupę wstydu. A jej mieszkańców? 310 tysięcy złotych dotacji przyznanej przez Urząd Miasta na to kuriozum plus 40 tysięcy – także z miejskiej kasy – na nagrody, których w sumie nie wręczono (uwaga – Złota Nitka nie ma obecnie nic wspólnego z łódzkim fashion weekiem, poza zbieżnością terminów). Największe koszty ponieśli jednak sami projektanci. Żal mi zarówno tych, którzy pokazali, że coś potrafią, jak i tych, którzy chcieli spełnić swoje marzenia. Wszyscy oni plus ponad setka tych, którzy aplikowali, lecz się nie zakwalifikowali do finału, wpłacili łódzkim targom po trzysta złotych. Finaliści – to się nazywa po prostu skok na kasę – dopłacali później drugie tyle za zaszczyt bycia w finale, a jeśli byli jeszcze studentami  – zniżkowo 150 złotych. Łącznie dało to targom – lekko licząc – kolejne 40 tysięcy złotych.

I na to w polskiej modzie idą pieniądze.

Fot: Łukasz Szeląg

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 36 other followers